Nie dał wrogom satysfakcji - artykuł o Henryku Karskim z Mogilan Wyróżniony

Przez 
(38 głosów)
Henryk Karski to jeden z wielu żołnierzy Armii Krajowej, więźniów stalinizmu torturowanych i szykanowanych. Pomogły mu przetrwać wiara i patriotyzm. W jego postaci jak w soczewce skupia się los powojennej Polski. Nie dał wrogom satysfakcji, a udało mu się żyć normalnie.

On sam nie uważa się za bohatera, a nawet trzeba nie lada starań, aby wyciągnąć go na imprezy patriotyczne, na których mógłby być podziwiany i fetowany. Uczestniczy tylko w corocznych spotkaniach opłatkowych Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego. Dziś najbardziej cieszy się po prostu z rodziny, a sukcesy dzieci i wnuków są dla niego największymi radościami. Nie dane mu było przeżywać normalnej młodości i może dlatego do szczęścia wystarczają mu zwykły zadbany dom i świadomość, że potomni uczciwie pracują i studiują.

Partyzancka młodość

Jego marzeniem w dzieciństwie była nauka. Przynosił najlepsze oceny ze szkoły w podkrakowskich Mogilanach i już miał kupiony mundur gimnazjalisty, gdy w krótkim czasie zmarli oboje jego rodzice i trzeba było zająć się fizyczną pracą zarobkową. Jako czternastolatka zastała go wojna.

Do partyzantki wstąpił tak naturalnie, że nawet nie pamięta wielu szczegółów poza przysięgą, którą potraktował poważnie i na całe życie. Walczył w partyzanckiej Republice Pińczowskiej. Gdy po latach odwiedził z córką kapliczkę, przy której podczas wojny godzinami czuwał na warcie, odnaleźli wydrapane w piaskowcu z nudów jego inicjały. Pamięta też dobrze, jak kosił „wermachtowców”, którzy wyskakiwali z ciężarówki podczas jednej z akcji.

Długo nie rozumiał do końca, o co tak naprawdę chodziło dowódcy, gdy puszczał ich 19 stycznia 1945 r., mówiąc: idźcie, gdzie kto chce i nie pozbywajcie się broni, bo jeszcze może się przydać. Wrócił do Mogilan i schował automat w gołębniku. A na weselu znajomego rzucił granatem, by uświetnić imprezę. Taki był 1945 r., że łatwiej było o prawdziwy granat niż sztuczne ognie…

Z wojska do więzienia

Potem ogłoszono amnestię i w sierpniu zdecydował się oddać broń na posterunek. Dali mu trochę spokoju, ale po kilku miesiącach powołali do wojska. Pojechał do 86. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej w Lesznie Wielkopolskim. To było nędzne wojsko. Na czterdziestu z jego kompanii tylko dwóch miało jakieś ubrania z AK-owskiej partyzantki. Kiedyś kapitan zapytał, kto ma ukończoną szkołę powszechną. Oprócz niego tylko trzech się zgłosiło, więc automatycznie zostali starszymi w kompanii. Nieliczni tylko umieli czytać.

Szybko wypatrzyli go politrucy, bo nie wahał się w krytyce nowego ustroju. Drogo zapłacił za szemranie na władzę ludową. Którejś nocy miał dowodzić wartą przy dużej cukrowni, na którą czyhali „werwolfy”. Jednak wcześniej przyjechał po niego ubecki wóz – bo był niepokorny, z przeszłością w AK, więc podejrzany. Po krótkim oporze został rozbrojony i aresztowany.

Wywieźli go do Poznania i w areszcie śledczym zamęczali co noc przesłuchaniami i torturami. To były straszne miesiące. Do dziś nie potrafi z całą pewnością stwierdzić, kto w więzieniu mówił po rosyjsku i po niemiecku. W celach było ciasno, smród i głód. Czasem rano słychać było strzały – egzekucje...

Ale nie to było najgorsze. Tu pan Henryk robi przerwę i oczy zachodzą mu łzami. Bierze głębszy oddech i wyznaje: „Najgorsze było, jak po wyrokach prowadzili nas ulicami Poznania na długie odsiadki. Kazali nam założyć hitlerowskie łachy i tak musieliśmy maszerować. Niektórzy poznaniacy chyba rozumieli, o co chodzi, bo rzucali nam papierosy, ale były też przekleństwa i wyzwiska".

Był słoneczny maj 1947 r., gdy zaczynała się jego katorga. Pół roku siedział w Poznaniu, a następnie we Wronkach. Przez całe życie starał się zapomnieć tamte lata. Nie złamali go nigdy, ale też nie szukał zwady ze strażnikami. Więzienia były tak przepełnione, że np. we Wronkach siedzieli po ośmiu, a nawet dziesięciu w jednej izolatce. Jednak nawet w tym tłumie doskwierała mu samotność, bo zdarzali się kapusie, którzy mogli znacznie przedłużyć odsiadkę. Czasem nie jedli nawet po kilka dni, bo nie dało się tknąć więziennej zgnilizny. Strażnicy byli różni, ale wielu pastwiło się nad więźniami. Myślał wtedy o swoich rodzinnych stronach – to pomagało przetrwać.

I znów jakaś amnestia w 1950 r.

Wrócił do swoich Mogilan, ale miał wilczy bilet, nie mógł znaleźć pracy, większość ludzi traktowała go z dystansem – bali się. Jeszcze przez kilka lat po powrocie z więzienia musiał meldować się każdego miesiąca na posterunku MO. Pracował więc dorywczo i powoli układał swoje życie.

Po więzieniu oprócz wspomnień pozostały mu dwie pamiątki: blizny na całym ciele po biciu przez oprawców oraz krzyż z napisem: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Wykonał go ze szczoteczki do zębów gwoździem wyciągniętym z więziennego drewniaka.

Pod koniec lat 90. zdecydował się na proces, by unieważnić wyrok. Sąd – po dwóch latach! – anulował wyrok za „przynależność do AK i walkę o niepodległość i suwerenność Polski”.

Jest bohaterem. Podzielił los wielu podobnych, którzy nie zostali tajnymi współpracownikami ani budowniczymi socjalizmu. To właśnie takim jak on zawdzięczamy, że „jeszcze nie zginęła”.

Piotr Boroń

Artykuł ukazał się w Gazecie Polskiej Codziennie nr 1262 - 05.11.2015: http://gpcodziennie.pl/44737-historia-los-polaka-nie-dal-wrogom-satysfakcji.html#.VjyNyV7F4Q1

Czytany 1818 razy Ostatnio zmieniany środa, 26 Wrz 2018 10:40